|
Autorem Pamietnika jest Tadeusz Broś
Z pamiętnika dłużnika: „To nie jest kraj dla biednych ludzi…”
Od lat i chyba do tej pory nie wiem, dlaczego ten, któremu jestem winien pieniądze nazywa się wierzycielem. Czy dlatego, że naiwny uwierzył, iż mu te pieniądze oddam?
Nikt przy zdrowych zmysłach, z pominięciem „zawodowych” naciągaczy i oszustów, nie zadłuża się założeniem, że długu nie odda. Jednak problem jest i to poważny skoro w moim pięknym kraju, co szósty obywatel (wliczamy dzieci?) jest zadłużony i ma kłopoty ze spłatą.
Według przedwojennego kodeksu honorowego dłużnik (przede wszystkim z powodu hazardu) albo sobie strzelał w łeb albo uciekał do Ameryki Południowej. Gdyby tę szlachetną tradycję (Polacy są niezwykle honorowi!) kontynuować to dochody zakładów pogrzebowych wzrosłyby wielokrotnie, a we wspomnianej Ameryce Południowej mogło by powstać spore państewko o nazwie Dłużnictwo Polskie lub Długolandia Polska.
Wśród jej obywateli mogliby się znaleźć ludzie, których znacie „z pierwszych stron gazet”. Natomiast w moim kraju ukochanym (młodsi tego nie pamiętają, ale w okresie szalejącego – przepraszam; realnego socjalizmu szalenie popularna była pieśń masowa ze słowami: „ukochany kraj, umiłowany kraj…” i chodziło właśnie o Polskę) liczba dłużników, mimo zbiorowych samobójstw wcale by nie zmalała bo… długi się dziedziczy!
Pojawia się zatem pytanie zasadnicze wręcz fundamentalne; zadłużać się czy nie? Obecnie z powodu gigantycznych długów znalazłem się blisko dna zawodowej hierarchii i w charakterze „białego murzyna” pracuję w call center, gdzie miedzy innymi namawiam „na szalenie korzystnych warunkach” do zakupów ratalnych i od 99% starszych ludzi słyszę: „na raty nigdy!”. Dlaczego właśnie, szczególnie ludzie starsi jak ognia boją jakichkolwiek zobowiązań ratalnych? Przecież to one właśnie mają spełnić Twoje marzenia!!!
Jakiego rodzaju reklamy w ilościach wręcz niewyobrażalnych „wylewają się” z telewizyjnych ekranów? Lekarstwa i usługi bankowe w formie różnej.
Postępując w myśl zasad telewizyjnej reklamy powinniśmy: żywić się wyłącznie lekami zakupionymi w „Biedronce” lub „Tesco”, mieszkać wyłącznie „na swoim” w zakupionym ratalnie mieszkaniu lub domu i poruszać się wyłącznie samochodem kupionym wyłącznie na tych zasadach. Często powtarzające się słowo „wyłącznie” można zamienić na „tylko”.
Współczesne normy społecznego istnienia są oparte na zasadach szalenie prostych: nie ma Cię na Facebooku – nie żyjesz! Nie masz karty kredytowej – podobnie!
Opierając się na tych zasadach; pisze do Was nieboszczyk!
Wprawdzie „wrzucając mnie” do Google dowiecie się o mnie więcej niż ja sam o sobie wiem, ale banki i inni wierzyciele pozbawili mnie nie tylko dobrego imienia (honoru?), ale również wszelakich kart kredytowych. Mam ich w szufladzie sporą kolekcję, ale nadają się wyłącznie do… gry! Powiedzmy w pokera, bo rozpoczęcie ”kredytowego romansu” z bankiem i nie tylko - jest swoistą pokerową grą, w której blef jest zasadą! Blefują obie strony; Ty, że kredyt na pewno spłacisz, a bank, ze jest dla Ciebie najbardziej przyjazną instytucją na świecie. Jest dobry i miłosierny jak kościół! Tylko, że w kościele też jest taca, na której grosik położyć należy.
Piszę i piszę, a mimo to, ze jestem „starym bankowym wyjadaczem” na pytanie czy się zadłużać – nie odpowiadam, a nie odpowiadam, bo nie jest to proste.
Możemy, „przyciśnięci do muru” przez okrutne życie kierować się zasadą: jakoś to będzie, a niestety z zasady i najczęściej jest… źle lub tak jak ja wyznawać regułę; „zawsze będzie niedziela”.
Ponieważ moja zasada „niedzieli” jest wprawdzie powszechnie znana, ale inaczej nazywana – wytłumaczę. W latach 90-tych miałem znakomity okres prosperity zawodowej, a gorszej życiowej postanowiłem radykalnie i szybko zmienić swoje życie.
Rozwodziłem się, a jako urodzony gentleman zostawiłem żonie cały dobytek, a do tego wziąłem „na kark” alimenty, mimo że drugie dziecko odeszło ze mną. Gwałtownie potrzebowałem pieniędzy na dosłownie wszystko. Zarabiałem nieźle, ale nie były to sumy „rzucające na kolana”. Jednak zdarzyło się tak, że przez 3 miesiące, będąc w TVP szefem „sezonowego programu” „Polskie lato” – moje zarobki gwałtownie, ale na krótko bardzo wzrosły. Zarabiałem ponad 15 tys. miesięcznie i z takim to zaświadczeniem udałem się do banku, gdzie radośnie i z ochotą udzielono mi kredytu na zakup mieszkania. Ja równie radośnie (lekkomyślnie?) „dokupiłem sobie” nowe autko, no i było git!
Banki zarzuciły mnie ofertami kart kredytowych, w których przebierałem „jak w ulęgałkach”, ale jak się później okazało, a niektórzy doskonale to wiedzą; ulęgałki bardzo smakują, ale szybko gniją!
W każdym razie miałem „sztywnych zobowiązań”, około 3 tys. miesięcznie, a tych miesięcy „do spłacenia” bardzo dużo!
Niestety „niedziela minęła” i pojawił się „smutny poniedziałek” – jak ja ich nie lubię! W TVP pojawiła się kolejna ekipa rządząca i wpier… - sorry, zreorganizowała mnie – znalazłem się „na bruku” z dnia na dzień prawie. No i zaczęło się!
Nie odpowiedziałem w dalszym ciągu na pytanie czy się zadłużać, ale obiecuję, że uczynię to na pewno.
Jako człowiek sztuki medialnej zastosowałem prostą zasadę niezastąpionego mistrza filmów grozy Alfreda Hitchococka: „film powinien znacząc się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie…” Tadeusz Broś
pisane w lutym 2011 roku
Z pamiętnika dłużnika (odcinek drugi) Brać czy nie brać?!”
Popularnym w Polsce jest stwierdzenie, że „tylko ryby nie biorą!”. Dotyczy to oczywiście łapówek, ale spróbujmy je przyrównać do sytuacji dłużnika.
Czy zatem pożyczka jest swoistą formą łapówki, którą bank nam daje? Według „Słownika języka polskiego” łapówka to: „pieniądze lub prezent dane w celu przekupienia kogoś”.
Banki prześcigają się w reklamach, że ich pożyczka jest najkorzystniejsza. Próbują nas zachęcić przeróżnymi promocjami do tego stopnia, iż odnosimy wrażenie; robimy interes życia! Jednak wiadomo powszechnie, że banki są tak dalekie od charytatywności tak jak mrówka od słonia, chociaż oba wymienione to zwierzątka.
Niejednokrotnie dociekliwi i wścibscy dziennikarze robili analizę przeróżnych bankowych promocji i okazało się, że ”pożyczkodawcy” - pisząc delikatnie; mijają się z prawdą, albo po prostu kłamią w zakamuflowany sposób.
Gdzie zatem jest „haczyk” i jak się nie dać na niego złapać by nie wylądować na talerzu komornika? Przede wszystkim czytać (!!!), a „drobnym druczkiem” nawet przez lupę! W emocjach, jakie wywołuje pragnienie nagłego posiadania pieniędzy tracimy nie tylko rozum, ale jak się okazuje niejednokrotnie i wzrok! Daję głowę, że 50% pożyczkobiorców nie zna dokładnie warunków umowy. Skupiamy się wyłącznie na wysokości rat i ich ilości. W poprzednim odcinku pisałem o rychłym nastąpieniu „życiowego trzęsienia ziemi”. Jak wiadomo jest to zjawisko nagłe i nie zawsze przewidywalne. W moim wypadku nastąpiło w połączeniu z tsunami! Jak zatem uniknąć skutków takich nieprzewidywalnych wydarzeń?
Zabezpieczyć się, czyli w tym wypadku ubezpieczyć kredyt. Niektóre banki żądają tego obligatoryjnie. We własnym interesie!
Pamiętaj bank dba o swój, a nie Twój interes!!!
Najrozsądniej jest wziąć z banku projekt umowy i udać się do specjalisty. Pieniądze wydane na tę konsultację to niestracony wydatek. Jest to o wiele mniej niż potem zapłacisz, kiedy nawet ten sam specjalista będzie Cię „za uszy” z długów wyciągał, a do „wyciągnięcia spod lodu” w moim pięknym kraju jest wielu. Jak podają wiarygodne źródła około 2 000 000 (tak! 2 miliony – nie pomyliłem się!) Polaków ma większe lub mniejsze zadłużenie, które kwalifikuje się do egzekucji! Pamiętajcie; egzekucja to słowo uwielbiane przez komorników!
Stwierdzenie: „obyś żył w ciekawych czasach” dla mojego (naszego?) pokolenia spełniło się nigdy! Przeszliśmy ustroją transformację, ale nie jestem pewien czy transformacja dotyczyła również naszych umysłów.
Tadeusz Broś
Pisane w marcu 2011 roku – c.d.n
„Z pamiętnika dłużnika” – odcinek trzeci, ale nie ostatni
Ten odcinek ukazuje się z niewielkim opóźnieniem, bo założenie było takie, że piszę jeden odcinek, mniej więcej w połowie miesiąca. Przyczyny niewielkiego opóźnienia są nader ważne! Silna grupa Connect została zaproszona do udziału w kolejnym wydaniu programu „Mam inne zdanie”, który był emitowany późnym wieczorem 19 maja „na żywo”.
Siła naszej reprezantacji polegała na ilości, ale na „sile składu”! Bardzo solidnie merytorycznie i efektownie oraz elegancko zaprezentował się sam Szef Grupy Connect Kamil Basaj, a ja skromnie reprezentowałem „tajną broń” w charakterze najpopularniejszego polskiego bankruta, którego wspomniany wyżej Szef próbuje wyciągnąć z „bagna upadłości”.
Zaczęło się bardzo ostro! Po wygłoszeniu homilii w stylu co najmniej biskupim przez Prezesa Związku Banków Polskich o tym, że kredyty są zbawieniem ludzkości, a banki instytucjami niemalże charytatywnymi – nie wytrzymał tego działacz (Trybun Ludowy?) Piotr Ikonowicz i rzucił się do gardła Prezesa z zaciekłością bulterriera! Gdyby nie interwencja prowadzących mogło dość do mordu ideologicznego na oczach setek tysięcy widzów! Ikonowicz grzmiał o wyzysku biednych staruszków przez bankowe hieny, które nie przebierając w środkach rujnują wspomnianych doprowadzając niemalże do masowych samobójstw. Pozostali eksperci byli już mniej emocjonalni, ale za to bardzo silni merytorycznie.
Prawda jak zwykle leży po środku. Głównym pytaniem programu było czy brać kredyty i czy banki przypadkiem (?) nie udzielają ich zbyt łatwo by wciągnąć biedaków spiralę zadłużenia. 70% telewidzów w sondzie „esemesowej” orzekło, że banki udzielają kredytów zbyt pochopnie wabiąc podstępnie rzekomymi promocjami, ulgami itp. Jak na dzisiaj sprawa wygląda tak, że ponad 2 miliony (!) kredytobiorców ma większe lub mniejsze kłopoty czy też opóźnienia w spłatach! „To zaledwie 5% biorących kredyty!” – rozpaczliwie bronił się Prezes. Przyznam się, że zamurowało mnie w tym momencie. Chociaż warunki nie były korzystne, a w matematyce nie jestem biegły, co niejednokrotnie udowodniłem swoim postępowaniem – zacząłem nerwowo liczyć! Jeżeli 2.000.000 to 5%... to 100% daje 40.000.000!!!
Zatem wynika z tego, że mamy tyle kredytów ilu jest Polaków w Polsce!!! Świadomie tak napisałem, bo przypomina to słynne liczenie „zawartości cukru w cukrze”. Mamy tyle samo kredytów, co telefonów komórkowych, a większość Polaków ma ich kilka! Sam Basaj ma ze trzy, a ja tylko jeden, ale statystycznie mamy po 2! Fakt – pozwala mi niekiedy z jednego za darmo zadzwonić! Jeden z ekspertów użył nawet efektownego stwierdzenia, ze „banki tak ochoczo przyznają kredyty, iż nawet koń by je dostał!” Nie mniej efektownym przykładem było to, ze „epoce minionej” był obywatel, który miał… 60 kredytów!
Żeby „było weselej” Pan Prezes roztoczył apokaliptyczną wizję nadchodzącego nowego kryzysu finansowego, w którym zostanie odebrana nam rola „zielonej wyspy”.
Wniosek z tego wszystkiego jest prosty i jednoznaczny; jeżeli już brać kredyt to „z głową”, a jeżeli przydarzy się nieszczęście niewypłacalności bez wahania uciec się do opieki specjalistów by nie wpaść w chciwe i bezwzględne ręce komornika. W programie „Mam inne zdanie” miałem być przysłowiową „wisienką na torcie”, ale zbyt dobrze znam się na telewizji żeby nie wiedzieć, że ci, którzy pojawiają się na końcu czasu mają bardzo niewiele, bo z zasady poprzednicy „czas przewalają”. Kiedy w finale „zostałem wywołany do tablicy” postanowiłem „zagrać pokerowo”. Banki bardzo szybko pozbywają się dłużników rzucając ich „na pożarcie” firm windykacyjnych, a te z kolei, kiedy sobie nie poradzą podsuwają „sparaliżowaną ofiarę” komornikowi. Pokazałem zawartość skrzynki pocztowej z dnia emisji programu. Listów było trzy i zaczynały się od nagłówków: ”zajęcie wierzytelności”, „zawiadomienie o wszczęciu egzekucji” oraz „postanowienie”. Niczym Rejtan rozdzierając szaty rzuciłem w stronę Prezesa dramatyczne stwierdzenie: „Pan mnie już sprzedał!”, a ponieważ wydawca programu w rozmowie przed jego emisją (programu nie wydawcy!) zabronił mi użycie określenia „ustawa upadłościowa jest do dupy!” – powiedziałem, ze jest prawnym bublem. O dziwo Pan Prezes przyznał mi natychmiast rację, co nie zmienia faktu, że wspominania ustawa jest do dupy bezdyskusyjnie, ale o tym niebawem.
W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Państwu wesołych świąt nawet wtedy, kiedy ze staropolską tradycją przygotowaliście je w myśl zasady; „zastaw się, a postaw się!” czyli biorąc „szybki kredyt” na ich realizację. Wprawdzie w wielkanocnej tradycji nie zwyczaju zostawiana pustego miejsca przy śniadaniowym stole – zostawcie je dla tych, których na święta nie stać, bo… wcześniej od Was kredyt wzięli na Boże Narodzenie.
Tadeusz Broś
Warszawa, Wielkanoc 2011 roku.
„ Z pamiętnika dłużnika” - odcinek IV, ale nie ostatni „Upadać by się... podnieść?”
Nad ustawą „upadłościową” pracowano długo, bardzo długo... za długo. Jak wspominałem w poprzednim odcinku, okazała się być, pisząc kolokwialnie; „do dupy!”. Nie wiem dlaczego nasi ustawodawcy (czytaj: posłowie”) puszczają takie „prawnicze bąki”, które tyle pasują do życia jak „pięść do nosa”!. Ta przypadłość dotyczy nie tylko „upadłości”, ale wielu innych ważnych dokumentów legislacyjnych. Bóg jedyny wie dlaczego, skoro mają „za plecami” armię dobrze płatnych prawników?
Ustawa jest tak „dziurawa” jak dobry ser szwajcarski. Zbyt dużo jest w niej niedookreśleń. Podstawową sprawą jest to czy rozpoczęcie procesu upadłościowego powstrzymuje „bezwzględne żądze komornicze” ? Jeżeli tak to od jakiego momentu? Czy dopiero wtedy kiedy składamy wniosek do sądu czy też od momentu gromadzenia niezbędnych dokumentów? Tylko szaleniec może się zdecydować na samodzielne prowadzenie upadłości, a jeżeli nawet to powinien na to mieć sporo czasu już na etapie przygotowawczym. Można było to jasno określić, że „upadłościowiec” ma określony czas na przygotowanie (zgromadzenie) niezbędnych „papierów”. Powiedzmy trzy miesiące, a najlepiej pół roku.
Najlepiej i najrzetelniej oprzeć się na własnym przykładzie. Kiedy „upadłość weszła w życie” udzieliłem niezliczonej ilości wywiadów-wypowiedzi nawet do czołowego niemieckiego dziennika. Moi koledzy dziennikarze gonili (ich prawo) za sensacją i zaraz potem pokazały się tytuły: „Gwiazdor bankrutem” czy też „Słynny prezenter upada”. Żal mi tylko, że „ słynnym gwiazdorem” stałem się przy takiej okazji. Prawda wyglądała mniej więcej tak; rzeczywiście „zeznałem”, że mam zamiar „upaść” i „moi prawnicy” (jak to amerykańsko brzmi!) zabierają się do pracy. Nim jednak zdążyli się do nie zabrać, zostałem zaproszony przez Bardzo Ważną Panią Komornik, która przyjąwszy mnie kawą oświadczyła bez ogródek: „... no to panie Tadeuszu rozpoczął się wyścig!”. „Jaki wyścig?” - zapytałem nieco zaniepokojony, bo po przebytej ostrej zatorowości płucnej do wyścigów nie bardzo się nadaję. Jedyne „wyścigi” jakie uprawiałem to jazda samochodem po drogach publicznych, bo jak zapewne wiesz z mediów Drogi Czytelniku, jestem „człowiekiem nałogów” i mając w sumie 13 samochodów jeździłem nimi w myśl zasady „ile fabryka daje!”. Nawet z poczciwego „Lanosa” (mój ostatni) „wyciskałem” 200 km/h. Skończyło się to rekordową ilością punktów karnych, chyba 54 (wszystkie za przekroczenie szybkości!) i powtórnym egzaminem, który zdałem celująco! Dzisiaj po samochodach pozostało tylko wspomnienie, a na rower mnie nie stać...
„Wyścig będzie polegał na tym” - kontynuowała Bardzo Ważna Pani Komornik - „Czy pan zdąży upaść czy też my zdążymy pana wcześniej zlicytować!”. Kawy nie dopiłem i pożegnałem się z Panią nader chłodno.
Po raz kolejny muszę podkreślić, że to co wypisuję czynię wyłącznie na swoją odpowiedzialność nie mając prawniczego wykształcenia, a jedynie bogate, w wielu sferach, życiowe doświadczenie...
Upadłość konsumencka nie jest rarytasem dla komornika, bo nie może on puścić delikwenta „w samych skarpetkach”. Szczególnie ostro krytykowana była kwestia pozbawienia nieszczęśnika „dachu nad głową” w wypadku mieszkania własnościowego, które niejednokrotnie stanowi jedyny, wymierny majątek „ofiary” (tak jest w moim wypadku) w zamian za roczny ekwiwalent wynajmu „czegoś do mieszkania”. To totalna bzdura i „niedoróbka”. Jak wiadomo ceny wynajmu różnią się znacznie. Bo wynajęcie kawalerki w Warszawie zapewne przewyższa cenę wynajmu willi w Kostomłotach.
„Upadłościówka” jest pełna wad i nonsensów, a sądy żądają niezliczonej ilości rozmaitych dokumentów. Banki handlują długami i kiedy szukałem w PKO dokumentów wypowiedzenia kredytu rzecz stała się „nie do przeskoczenia”. Dobrze, ze nie potrzeba przedstawiać świadectwa moralności od proboszcza, ze w długi nie popadło się na skutek rozpustnego życia, hazardu czy pijaństwa. Sady jak ognia boją się orzecznictwa w tych sprawach i na „wszelki wypadek” w „pierwszym podejściu” odsyłają wniosek do uzupełnienia. Też mam to za sobą...
Najlepszym dowodem, że jest to „rzadka kupa” posłuży w miarę dokładna statystyka: na ponad 2000 wniesionych spraw – szczęśliwego finału doczekało się około 100 – to zaledwie 5% !!!
Ustawa na być poprawiona, a powinna być niezwłocznie, ale jak znam życie „dużo wody w Wiśle upłynie” i tyleż samo ludzkich łez niż się to spełni, bo w naszym skądinąd wspaniałym kraju są sprawy ważniejsze takie jak wybory, a przede wszystkim wakacje, które tak uwielbiają „sejmowe leniuszki” czyli posłowie.
Następny odcinek postaram się napisać jeszcze przed wakacjami jeżeli do tego czasu nie trafię „do pudla” za obrażanie najwyższych organów władzy państwowej.
Tadeusz Broś pisane w czerwcu 2011 roku |